czwartek, 18 czerwca 2009
Premiery kinowe: 19 czerwca

Stęskniłam się za blogowaniem, więc wracam :)

Na początek premiery w polskich kinach 19 czerwca.

"Berlin Calling", czyli tragikomedia o życiu berlińskiego anarchisty i electro DJ-a z problemami emocjonalnymi, który w czasie tournee zażywa pigułkę, po której przekracza granicę zdrowia psychicznego i trafia do szpitala psychiatrycznego, w którym zostaje animatorem życia towarzyskiego. Skojarzeń z filmem "Lot na dkukułczym gniazdem" uniknąć się nie da, ale podobno daleko mu od bycia podróbką i warto się wybrać do kina i dla samego filmu i znakomitej muzyki (dla fanów gatunku). Plus świetny plakat (poniżej).

"U Pana Boga za miedzą", czyli podlaskie klimaty w reżyserii Jacka Bromskiego. Do Królowego Mostu przyjeżdża samotna instruktorka i wraca z hameryki Staś Niemotko, a całe miasto żyje lokalnymi wyborami. Kolejna po "U Pana Boga za piecem" i "U Pana w ogródku" komedia z dość zabawnego cyklu  o życiu na polskiej prowincji.

"Mój nauczyciel" reż. Bohdan Slama. Czeska kinematografia po  fazie świetności lat 90-tych trochę nabrała zadyszki, czasem mam wrażenie, że zjada swój własny ogon. Ale Bohdan Slama to jeden z jej najjaśniejszych punktów. Petr, nauczyciel, próbuje uczyć swoich uczniów wrażliwości na piękno natury. Wyjeżdzając do wiejskiej szkoły i zostawiając miastowe życie sam na nowo uczy się wrażliwości na ludzi.

"Ojcze nasz. Krew z krwi", czyli argentyński dramat o nastolatku Pedro emigrującym do Ameryki, aby poznać swojego ojca, bogatego restauratora. Pobity przez współpodróżnika, któremu zaufał, traci list od matki skierowany do ojca, z tymże listem udaje się do niego niecny Juan. Nic wiecej nie wiem, ostatnio nie przepadam za takimi klimatami :)

"Udręczeni", czyli horror o niezwykle oryginalnym scenariuszu: rodzina przeprowadza się do starego wiktoriańskiego domu, który to okazuje się mieć, niespodzinka, mroczną przeszłość, dającą nowym lokatorom się we znaki. Sztampa do bólu.

"Narzeczony mimo woli", czyli wredna Sandra Bullock jako Kanadyjka, która próbując uzyskać prawo pobytu w USA zmusza swojego podwładnego do ślubu. Przychodzi im grać swoje role przed rodziną do czasu, gdy wejdą w nie na tyle mocno, że grać nie będa musieli. Totalny relaks w kinie, myśleć nie trzeba, można odpocząć.

 

berlin calling

 

 

poniedziałek, 20 października 2008
Polecam po WFF: Eden

"Eden" ("Eden"), reż. Declan Recks; występują: Eileen Walsh, Aidan Kelly. Irlandia 2008.

Jak to możliwe, że ludzie, którzy bardzo się kochali mogą stać się sobie zupełnie obcy? Declan Recks eksploruje temat, który dotyka nawet najszcześliwsze pary  i niczym przez lupę pokazuje schyłkową fazę związku, który niepostrzeżenie stał się dla Bredy i Billy'ego niemal więzieniem. On pracuje w firmie telekomunikacyjnej i podsłuchuje rozmowy telefoniczne, ona zajmuje się domem i dwójką dzieci. Zbliża się ich 10. rocznica ślubu. Breda stęskniona ciepła i czułości próbuje rozbudzić pożądanie męża. Billy zmęczony nieudanym pożyciem upatruje sobie młodą dziewczynę i jest przekonany, że z nią, inną i kobiecą, na pewno mu się uda... Ucieka od żony, dzieci i presji, z kolegami chodzi do pubów udając równego faceta i szczycąc się przebrzmiałymi historiami o swojej odwadze. Ona stara się jak może znów być kobieca i ponętna, odchudza sie w klubie fitness i marzy o tym, aby ktoś ją pokochał. Wciąż ma nadzieję, że może jeszcze się uda, że rocznica, że będzie romatycznie... Czy tak będzie? 

W adaptacji sztuki Eugene'a O'Briena nie jest istotne to, co się stanie  na końcu. Obserwujemy postępujący proces rozpadu bliskości, którego przyczyn nie można jednoznacznie określić, co jest tym bardziej niepokojące. O'Brien nie zadaje pytania dlaczego tak się stało, trochę jakby sugerując, że tak po prostu bywa i nie ma tu winnych.

Zadaje jednak pytanie, czy trzeba trzęsienia ziemi, aby obudzić ze związkowego letargu ludzi, którzy nie widzą i nie czują  tego, co ich łączyło i czyniło szczęśliwymi. Czy jest możliwe, aby porozumieć się, porozmawiać i zacząć proces odnowy?

Zrozumienie rodzi się jednak w bólu....

Klasyczny dramat, który okazał się (dla mnie)  jednym z najlepszych filmów 24. Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Każda czynność, sytuacja i rozmowa ma w filmie Recksa sens. Z kilku stron patrzymy na każdego z bohaterów, widzimy jak rozpada się ich ego i wiara w siebie, jak podejmują dramatyczne i czasami wręcz żałosne próby utrzymania się na powierzchni życia, aby nie zrezygnować z uczuć i nie popaść w marazm. Jest jeszcze w nich wewnętrzny sprzeciw, ale nie wiedzą co z nim zrobić...

Warto zobaczyć.

Rozmowa z reżyserem »

Oficjalna strona filmu »

 

Eden
Najgorszy film WFF: Żniwa

"Żniwa" ("Harvest"), reż. Nicolas Jolliet. Saint Lucia 2008.

Rastafarianin żyjący na wyspie Saint Lucia postanawia zakończyć czas uprawiania zioła, bo świat zewnętrzny zaburza jego błogie życie, i decyduje wyjechać w daleki świat Babilonu. Miewa kolorowe wizje i marzy tworzeniu muzyki. Przyznaję, że mnie ta wizja klimatycznego filmiku o idealistycznym rastafarianinie zachęciła do kupienia biletu... :) Powstała jednak tragedia, najgorszy film festiwalu, który przyciągnął mnóstwo ludzi, którzy już po kwadransie zaczęli masowo emigrować z sali. Twórcy bowiem nie pomyśleli, że film powinien mieć scenariusz i jako takich aktorów, a jeśli wybiera naturszczyków, to winni robić coś więcej niż przeciągać się na tle pięknych widoków marihuanowych pól i epatować swoim ładnie zbudowanym ciałem.

Film bowiem polega na tym, że wstaje nasz bohater w kraciastych bokserkach, przeciąga się, rozgląda. Po czym jak powidoki pojawiają się kolorowe obrazki i przez 10 minut pewna pani śpiewa na koncercie piosenkę. Następnie pan rastafarianin dogląda plonów, stwierdza, że trzeba je niedługo zebrać, a pani znów śpiewa 10 minut. Bohater ponownie wstaje w kraciastych bokserkach, pani śpiewa... I tak wkoło macieju.

Zdezorientowani widzowie rozglądali się po sali jakby chcieli zadać pytanie: "Co to ma być?"  i  nie czekając na odpowiedź wychodzili. Byłam dzielna i wytrzymałam blisko 40 minut.  Panu reżyserowi już dziękujemy. Niech wciąż gra na sitarze w Psycho Key, ale z kręcenia filmów winien jednak zrezygnować.

 

Ubogie żniwa
Dobry dokument na WFF: Muzyka dla pokoju

"Muzyka dla pokoju" ("Playing for Change: Peace Through Music"), reż. Jonathan Walls, Mark Johnson; występują: lokalni muzycy z całego świata. USA 2007.

Gdzieś w Santa Monica uliczny muzyk śpiewał sobie  "Stand by me" B.B. Kinga. Usłyszeli go reżyserzy i olśnieni wpadli na pomysł, aby stworzyć film który pokaże ponadkulturową siłę muzyki. Przemierzyli Ziemię i nagrali lokalnych muzyków  wykonujących "Stand by me"  i stworzyli z tego jeden przejmujący i optymistyczny utwór, świetnie zmontowany i wyśpiewany po 1-2 wersy przez kilkudziesięciu muzyków, wśród których są m.in. indyjskie chórzystki, nepalski mnich, afrykański boysband, hiszpańscy uliczni gitarzyści i ... Manu Chao. Jeśli ktoś obawia się przesytu w postaci pełnometrażowego filmu z jedną piosenką, to uspokajam, że jest tez parę innych.

Ale to nie wszystko, bo "Muzyka dla pokoju" próbuje też pokazywać, w sposób co przyznaję naiwny  i idealistyczny, że  muzyka łączy ludzi, pozwala przeżywać głębokie i czyste uczucia niezależnie od tego skąd się jest i w jakim stylu gra, że może być medytacją i drogą do oświecenia. A bębny to instrument uniwersalny. Widząc południowoafrykańskie biedne osiedle, na którym stare kobiety słuchając muzyków, którzy przyjechali wraz z reżyserami zaczynają bujać się w rytm muzyki  i tańczyć jesteśmy wstanie uwierzyć, że muzyka może łączyć i zmieniać świat. Choć na chwilę, tę, gdy trwa :)

Siłą i słabością "Muzyki dla pokoju"jest jego naiwność: nikt  tu nie mędrkuje, nie snuje naukowych teorii. Możemy posłuchać rastafarianina z RPA, który opowiada, że mogli walczyć tylko muzyką (a my wiemy, że walka o zniesienie apertheidu miała też inne wymiary), ale i poważnego mnicha, który mówi o muzyce jako medytacji. Mozaika szczerości z pompatycznością

Ja to kupiłam. Oglądałam film z wielkim uśmiechem, wraz z połową sali bujałam się na końcu i czekałam do ostatnich napisów na planszach. Najradośniejszy obraz, jaki widziałam od wieeelu miesięcy, a miałam ostatnio fazę poznawania amerykańskich komedii. O czym wkrótce :) Drażniły mnie tylko wypowiedzi reżyserów, których naiwność brzmiała bardzo pod publiczkę, jak dla widzów MTV.

I przyznaję, że faktycznie spośród doznań zmysłowych muzyka jest chyba najbardziej  wszechogarniającym, odrealniającym, pozwalającym na chwilę zanurzyć się w nieco innym świecie.

Strona projektu, który zaowocował powstaniem Fundacji "Muzyka dla pokoju" wspierającej projekty muzyczne w różnych zakątkach świata.

 

Muzycy dla pokoju
piątek, 13 czerwca 2008
Spielberg i Lucas na emeryturę!

"Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" ("Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull"), reż. Steven Spielberg , występują: Harrison Ford, Cate Blanchett, Karen Allen, Shia LaBoeuf . USA 2008. Premiera: 22 maja 2008.

Po to, aby dobrze się bawić na nowym Indianie Jonesie trzeba spełnić kilka warunków. Po pierwsze nie wolno iść tam na spotkanie z mitycznym Indianą, tylko na przygodowy filmik przebojowy. Po drugie nie szukać wpadek. Po trzecie nie oczekiwać fascynującego i historycznie pogłębionego scenariusza. Cieszyć chwilą, a nie szukać sensu, bo tego tutaj brak.

Jeśli to się uda (a warunki te są konieczne, choć mogą nie wystrczyć) to można zapewnić sobie przyjemny wieczór, w innym wypadku rozczarowanie mizernością scenariusza, wpadkami i trochę geriatryczną obsadą będzie boleć.

Mam ostatnio słabość do optymistycznych, niezbyt głębokich filmów i Indiana wpisał się w to idealnie. Na początek mamy pięknie wystylizowane amerykańskie miasteczko z lat 50. z motocyklowymi gangami, dziewczynami w rozkloszowanych spódnicach i chłopakami w fryzurach a'la James Dean. To tutaj wykłada profesor Jones, ale niestety mimo przyjaźni rektor musi usunąć go z uniwersytetu - władze naciskają. Gdy już ma wyjeżdżać dogania go Mutt (Shia Lebouf) nasz deanowski nastolatek i przekazuje tajemniczy list od swojej matki, który to mówi o poszukiwaniach przez starego przyjaciela Jonesa jednego z prekolumbijskich indiańskich artefaktów - kryształowej czaszki. Przyjaciel zaginął, matka Mutta zresztą też i tylko Indiana moze ich wyciagnąć z opresji i odzyskać skarb.

I tak zabawa się zaczyna. I przeciwnie do większości recenzentów, ja bawiłam się coraz lepiej, im dalej w las (dosłownie). Pościgi i rywalizacja dobrych i złych nabiera tempa, wymyślne walki na pędzących samochodach i inteligentne mrówki (jeden z najlepszych motywów filmu) mnie naprawdę wciągnęły. Harrison Ford uśmiecha się uroczo i ironicznie, ale zawadiackość starszego Pana nie działa już jednak tak jak niegdyś na damska część publiczność...

Jako, że film dzieje się w najchłodniejszych momentach zimnej wojny nie mogło obyć się bez Sowietów. Przewodzi im, goni drużynę Indy'ego i marzy o parapsychologicznych sposobach kontroli nad światem dumna i twarda jak skała Irina Spalko (Cate Blanchett), której geometryczna fryzura chyba ani razu w trakcie pościgu nie straciła swojej doskonałej formy :).

I dzięki momentom walk i wyrazistości bohaterów film da się oglądać z przyjemnością, choć jako całość wzbudza uczucia ambiwalentne, a zakończenie wydaje się zrobione z myślą o prymitywnych amerykańskich nastolatkach.

Spielberg i Lucas nie wskrzesili Indiany do życia. Niestety. Wykorzystali z grubsza pomysł na film, ale nie ma tu dawnego ducha prawdziwej przygody, która powoduje ciarki na plecach i napełni miłością do archeologii pół pokolenia.

Może po prostu Lucas i Spielberg są już na takie filmy za starzy? Robią na szablonach kasę, a wyobraźnia już nie ta.

Zresztą - zobacznie poniżej. Przy takiej średniej wieku trudno zrobić porywająy film przygodowy.

Indiana Jones Steven Spielberg

środa, 14 maja 2008
Festiwal Filmowy w Cannes

Kalendarz Festiwali Filmowych - cz. 3

Plakat  61. Festiwalu Filmowego w Cannes
Festiwal Filmowy w Cannes (Festival de Cannes)

Gdzie: Cannes, Francja (Lazurowe Wybrzeże)
Kiedy: Maj. W tym roku 61. edycja: 14 - 25 maja
Kino: Festiwal słynie z utrzymywania równowagi między prezentacją kina ambitnego i komercyjnego.

Pomysł organizacji pierwszego festiwalu narodził sie w 1939 roku w głowie francuskego Ministra Kultury i Sztuki Jeana Zay, a przewodniczyć mu miał współtwórca kina Louis Lumiere (obecnie w kinie jego imienia odbywa się większość pokazów). W 1936 na Festiwalu w Wenecji nagrodzone zostaly filmy gloryfikujące nazizm i nowy festiwal miał stać do niego w opozycji. Jednak w związku z wybuchem wojny pierwsza edycja odbyła sie jesienią 1946 roku w Casino of Cannes i miała raczej charakter przeglądu wybitnych filmów niż konkursu. Ze względów finansowych festiwal nie odbył się dwukrotnie: w 1948 i 1950 roku, w 1968 część festiwalu nie odbyła się ze względu na zamieszki, a w 1951 roku przesunięto go na wiosnę i przestał być bezpośrednią (terminowo) konkurencją dla festiwalu w Wenecji.

Główna nagroda to Złota Palma, któą ustanowiono w 1955 r. Między 1964 a 1975 nagroda główna nosiła miano Grand Prix, ze względu na problemy z prawami autorskim do Złotej Palmy. Złotą Palmę dostały m.in. filmy: "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" (2007), "Wiatr buszujący w jęczmieniu" (2006), "Pianista" (2002), "Tańcząc w ciemnościach" (2000), "Pul Fiction" (1994, Quentinowi Tarantin odebranie nagrody utrudniała pijana Francuska), "Dzikość serca" (1994), "Taksówkarz" (1976), "Viridiana" (1961) oraz link >>

Do 1955 roku francuskie jury dobierały filmy, od 1971 roku decydowały poszczególne kraje, zaś w 1972 ustanowiono międzynarodowe jury, które dokonuje selekcji. W tym roku 20 filmów walczących o Złotą Palmę wybrano spośród 1 792 filmów z 96 krajów. Oprócz złotej Palmy przynawane jest też Grand Prix; nagrody dla najlepszych: aktorki, aktora, reżysera, scenarzysty; nagroda jury i nagroda dla filmu krótkometrażowego, nagroda specjalna i szereg pomniejszych nagród >>

Równolegle bowiem odbywają się pezentacje filmów m.in. w ramach Międzynarodowego Tydzień Krytyków z nagrodą FIPRESI (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych) i Dwutygodnia Reżyserów (Director's Fortnight).

Pokazy pozakonkursowe to między innymi przeglad klasyków kina, ale najważniejsze są wielkie swiatowe premiery. w 2008 roku głównym wydarzeniem jest premiera czwartej części przygód Indiany Jonesa: Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, reż. steven Spielberg, produkcja George Lucas. Poza konkusem pokazany zostanie też nowy film Woody'ego Allena " Vicky Cristina Barcelona", o którym mówi się przede wszystkim, że zawiera lesbijską scenę między Penelope Cruz i Scarlett Johansson.

W konkursie natomiast mamy m.in. nowe filmy Clinta Easwwoda, Charliego Kaufmana, Stevena Soderbergha, Wima Wendersa.

Program Festiwalu w Cannes 2008 (pdf) >>

Przwodniczącym tegorocznego jury jest Sean Penn, wcześniej byli to n.p. Quentin Tarantino, Luc Besson, David Cronenberg , Tim Roth.

Bardzo ważną branżową imprezą towrzyszącą są targi filmow Marche du Film.

Obok gali oscarowej Cannes to główne filmowe show na świecie, na którym fani filmu ogladają najważniejsze produkcje, ale niemal równie ważna jest tam... moda. Znawcy śledzą z zapartym tchem kreacje gwiazd i później tygodniami analizują je zarówno najważniejsze magazyny modowe jak i blogowe fashionistas. To tu rozpoczęła się wielka sława Brigitte Bardot, gdy zafascynowała media pozując w kostiumie kąpielowym.

To najbardziej zmediatyzowane wydarzenie filmowe na świecie przyciągające corocznie ponad 4 tysiące dziennikarzy i obsługiwane przez 40 tysięcy pracowników.

Polacy na festiwalu w Cannes. W 1981 r. Złotą Palme za "Człowieka z żelaza" dostał Andrzej Wajda, zaś w 2002 r. połowicznie polski "Pianista" Romana Polańskiego. Inne akcenty polskie na festiwalu to:

1954 r. - nagroda dla Aleksandra Forda za film „Piątka z ulicy Barskiej”; 1957 r. - Andrzej Wajda, za film „Kanał”, nagrodzony Nagrodą Specjalną Jury (zwaną też Srebrną Palmą); 1961 r. roku tę samą nagrodę otrzymał Jerzy Kawalerowicz za film „Matka Joanna od Aniołów”, a Lucyna Winnicka nagrodzona za główną rolę; 1962 r. - nagroda Specjalna Jury w kategorii filmu krótkometrażowego dla animowanego filmu „Oczekiwanie”, zrealizowanego przez Witolda Giersza i Ludwika Perskiego; 1964 r. - wyróżnienie honorowe Jury i Krytyków dla filmu Andrzeja Munka „Pasażerka”;1973 r. - nagroda Jury dla Wojciecha Jerzego Hasa za „Sanatorium pod klepsydrą”;1978 r. - Krzysztof Zanussi za „Spiralę" otrzymał nagrodę jury ekumenicznego; 1979 r. - Andrzej Wajda otrzymał nagrodę krytyków FIPRESCI za „Człowieka z marmuru”, a Jerzy Skolimowski – nagrodę specjalną jury za film „Shout”. W 1979 roku Andrzej Wajda zdobył r ównież Nagrodę Jury Ekumenicznego za film „Bez znieczulenia”.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
"Choć goni nas czas"
"Choć goni nas czas", reż. Rob Reinern, wyst. Jack Nicolson, Morgan Freeman, USA 2007, premiera 28 marca.

Ludzie wychodzą z filmu, w którym dwaj główni bohaterowie umierają i mają uśmiech na twarzy - za to szacunek dla reżysera. Obawiałam się pompatycznego, psudogłębokiego hollywodzkiego, za przeproszeniem, gniotu, a dostałam lekki i bezpretensjonalny filmik o umieraniu.

Edward Cole (Jack Nicolson) to cyniczny i energetyczny siedemdziesięciolatek, który zbił majątek na reformowaniu szpitali. Staje się ofiarą własnej reformy, która zakłada, że nie ma pojedynczych sal i trafia do pokoju, w którym leży Carter Chambers (Morgan Freeman) - jego równolatek, oczytany, spokojny i mądry... mechanik samochodowy. Obaj mają podobną diagnozę: rak, maksimum rok życia. Skazani na swoje własne towarzystwo zaczynają wymieniać się przezabawnymi złośliwościami, na zmianę biegają wymiotować z powodu chemioterapii i powoli, co oczywiście nie jest zaskakujące, zaczynają się nieco lubić. Colowi towarzyszy tylko nieoceniony asystent Thomas (Sean Hayes), który odczytuje i spełnia hedonistyczne zachcianki szefa z ironicznym dystansem, licząc na jego spadek. Moja ulubiona postać z filmu, Thomas to młoda i zdystansowana wersja swojego szefa. Chambersa odwiedza zaś rodzina, dla której poświęcił swoje życie i zrezygnował z planów kariery uniwersyteckiej.

Gdy już czują sie na tyle dobrze, by móc ruszyć się z łóżek Cole namawia Chambersa na przedśmiertne szaleństwo spełniania marzeń. Każdy ma swoje cele - od tatuażu i wariackiej jazdy wymarzonym samochodem, przez podróż do Egiptu po wspięcie się na Mount Everest.

Z tej okazji mamy tu przesadzone pocztówkowe obrazki, dyskusje na szczycie piramidy (lub Sfinksa, nie pamiętam :)) itp, które są najsłabszym i zupełnie niewiarogodnym elementem filmu. Białe, prawie anielskie szaty, to kicz idealny, co tu dużo mówić. Ale można to wybaczyć, bo to przecież jednak bajka, a nie bergmanowski traktat o śmierci. Nie rozumiem zgryźliwości Pawła Mossakowskiego z Gazety Wyborczej, który uważa, że po Bergmanie nie ma co mówić o umieraniu. Krytykuje płytkość filmu nie zauważając, że porusza się on w określonej konwencji i w jej ramach należy go oceniać. "Choć goni nas czas" to hollywoodzka komedia o staruszkach i niczym ponad to nie stara się być.

Pod koniec mamy porcję melancholii, nasi Panowie odkrywają na nowo co jest ważne, a przemówienie pogrzebowe jest w iście amerykańskim stylu, krzepiące i podkreślające to, co dobre.

Cieszy mnie, że tak rzadko pojawiająca się w popularnych filmach starość znalazła kawałek miejsca dla siebie w produkcji, która kładzie na nią porcyjkę lukru, ale pokazuje, że starość istnieje, w co można by wątpić patrząc na amerykańskie produkcje, że nie musi być przerażająca i że nawet wtedy można jeszcze coś odkrywać i przeżywać. Według mnie warto zapamiętać z filmu jedną naukę: czasami ludzie, których uważamy za tak innych, że w 'normalnych' okolicznościach nie nawiązujemy żadnego kontaktu mogą okazać się fascynujący, jeśli damy im szansę.

bucket list

Trailer "The Bucket List":

środa, 09 kwietnia 2008
"The air I breathe", gangsterski traktat o życiu
The air I breathe; reż. Jieho Lee, wyst. Forest Whitaker, Brendan Fraser, Andy Garcia, Kevin Bacon, Sarah Michelle Gellar; Meksyk, USA 2007; premiera: 2008, brak dokładnej daty.

Wedle chińskiego przysłowia życiem rządzą 4 uczucia: przyjemność, szczęście, smutek i miłość. Debiut reżyserski Jieho Lee obraca się wokół nich, pokazując, jak ulotne chwile życia czasami są jego sensem i jak bardzo nieprzewidywalne, jest to, co spotyka człowieka. Przypuszczam, że krytykom trudno będzie wypowiedzieć się jednoznacznie o filmie. Melodramat i film gangsterski w jednym, który ociera się o jakąś trudno uchwytną prawdę, jest jak przeczucie, które trudno ująć w słowa. W każdym razie bardzo ciekawy film, wciągający choć melancholijny, co podkreśla świetnie dobrana ścieżka dźwiękowa.

Składa się z historii 4 postaci, każda jest ilustracją jednego z uczuć, nie znamy nawet imion. Forest Whitaker to bohater części Szczęście. Jest urzędnikiem bankowym, który dość ma zwyczajnego, szarego życia i podsłuchawszy rozmowę kolegów z pracy ryzykuje: zaciąga dług i obstawia "Motyla" na gonitwie koni. Jego historia zazębia się z przypowieścią o Przyjemności, czyli o widzącym fragmenty przyszłości gangsterze (smutny Brendan Fraser), który znając przyszłość czuje się bezsilny, bo nie może jej zmienić, wyzbywa się uczuć i ciekawości.Do pewnego momentu...

...gdy spotyka piosenkarkę (Sarah Michelle Gellar), która nie może uniknąć Smutku. Szef Frasera, świetnie grający Andy Garcia, przejmuje kontrakt piosenkarki, jako część długu jej managera, który obstawiał niewłaściwe konie. Ostatnim elementem łączącym historie jest Miłość. Kevin Bacon walczy o życie swojej wielkiej miłości, przy okazji żony jego najlepszego przyjaciela - Julie Delpy.

Historie łączą sie ze sobą bardzo płynnie, logicznie. To, co wszystkich ich spotyka jest w równym stopniu dziełem przypadku, jak i świadomych decyzji. Człowiek nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji decyzji, które podejmuje - zdaje się mówić reżyser - nie można uniknąć cierpienia.

Warto zwrócić uwagę na aktorstwo. Mamy tu jedną z najlepszych życiowych ról Andy'ego Garcii, który jako mafioso o pseudonimie Palce, jest okrutnie spokojny. Forest Whitaker, jak zwykle on, mało mówiąc nadaje swojemu urzędnikowi bankowemu pewien tragizm, a Sarah Michelle Gellar potrafi być i pustą piosenkarką i kobietą na skraju załamania nerwowego. Nie ma w tym filmie słabych ról.

Udało się Jieho Lee zrobić gangsterski traktat o życiu. Smutny, ale wart uwagi. Reżyser (i współscenarzysta) mówi oficjalnie, że to film m.in. o tym, jak charakter determinuje przeznaczenie, ale na szczęście daje też na koniec nadzieję, że wszystko może się odmienić.

the air I breathe

niedziela, 06 kwietnia 2008
"Juno" czyli antykopciuszek
"Juno", reż. Jason Reitman, wyst. Ellen Page, Jennifer Garner, USA 2007, premiera 4 kwietnia 2008.

Sympatyczny film, przewrotnie młodzieżowy, z inteligentnymi dialogami, niezłymi żartami i zaskakującym, niezgodnym z powszechnie przyjętą moralnością, zakończeniem. Juno postępuje tak, jak uważa ona sama za słuszne i co uważa za najlepsze.

Juno (nazwana tak na cześć mitycznej Junony, opiekunki życia seksualnego i macierzyństwa) to wygadana, inteligentna i niezależna 16-latka, która po uwiedzeniu swojego równie inteligentnego kolegi zachodzi w ciążę. Żadne z nich nie bierze jednak pod uwagę zakładania rodziny, oboje są mimo wszystko dzieciakami. Pyskata Juno postanawia więc znaleźć dziecku odpowiednią, nie nudną rodzinę adopcyjną.

Dziewczyna ma jednak sytuację komfortową - wspiera ją przyjaciółka, najukochańszy na świecie ojciec i nawet macocha dba o jej dobro i zdrowie jak najlepsza matka. Dlatego choć film z pozoru pokazuje bardzo trudną sytuację nie ma w nim wielkich kryzysów i dylematów i tylko porusza się po powierzchni życia. Trochę tych dylematów brakuje, może uczyniłyby film bardziej wiarogodnym, a nie tylko zabawnym.

Ale za to na tym tle mamy przede wszystkim brawurową grę Ellen Page jako Juno - ani przez chwile nie wątpiłam, że jest w ciąży. Do tego nasza bohaterka jest odwrotnością ze schematu filmu młodzieżowego: to nie kopciuszek-kujon czekający na pięknego playboya-sportowca, który odkryje jej niezwykłość, tylko urodziwa, wybitnie elokwentna dziewucha, która wybiera sobie, wyglądającego ciut jak młody Woody Allen, zdolnego chłopaka. Każde z nich jest spoza kliszy.

Mamy też niebanalnie poprowadzone postaci drugoplanowe i bardziej niż fabułą film wciąga ciekawymi psychologicznie postaciami. Małżeństwo, które ma adoptować dziecko to skostniała, wielkomiejska i spragniona macierzyństwa snobka Vanessa oraz niegdyś luzacki muzyk, który teraz zarabia niezłe pieniądze pisząc melodyjki do reklam. Podobnie ojciec Juno - niby prosty, ale mądry i ciekawy człowiek.
Do tych plusów dołącza oczywiście scenariusz - pełen dowcipnych ripost, wyluzowanych dyskusji o życiu, muzyce i horrorach. Pokaz tego, że Diablo Cody faktycznie potrafi pisać wciągające dialogi.

Ale czy to jest warte Oscara? Choć tak zabawne i inteligentne, to w całości zgadzam się z aniabuzuk, która z niejaką złością komentowała Oscara za scenariusz dla "Juno": to nie był scenariusz roku. Ciekawy, bo inny niż mainstreem, ale żeby zaraz Oscara?

juno ellen page

poniedziałek, 31 marca 2008
"Once" powstał niezwykły film
"Once", reż. John Carney, wyst. Glen Hansard, Marketa Irglova, Irlandia 2007, premiera 28 marca 2008.

Film za 130 tyś. euro, z dwojgiem mało znanych muzyków w rolach głównych, a zdążył już zdobyć Oscara za najlepszą piosenkę ("Falling slowly"), nagrodę publiczności na festiwalu w Sundance i serca większości widzów. I nie ma sie czemu dziwić, bo klimat filmu cudownie oddaje młodzieńczą spontaniczność, otwartość i pasję do muzyki, niezwykłość relacji, która może niespodziewanie pojawić sie między dwojgiem zupełnie obcych ludzi. Ale to jedna strona medalu, bo niestety uwikłani są w dorosłe życie, pełne problemów i odpowiedzialności za innych. Życie, w którym podejmując decyzje trudno kierować się tylko sercem...

I chyba dlatego ten film od pierwszej, rewelacyjnej i pełnej emocji piosenki porusza i wciąga tak bardzo - bo któż nie jest lub był kiedyś choć trochę idealistą spragnionym życia chwilą?

W "Once" chłopak, a raczej już młody mężczyzna, dorabia i spełnia się grając na ulicach Dublina covery znanych przebojów. Wieczorami pozwala sobie na wyśpiewywanie swoich własnych, pełnych bólu songów. Ze świetnymi tekstami. Ale tylko wieczorem, bo kto będzie w ciągu dnia mu za to płacił? Słucha go za to czeska imigrantka, sprzedająca kwiaty na ulicy i sprzątająca domy bogatych Dublińczyków, a do tego zdolna pianistka. Once, któregoś wieczora, podchodzi i zaczynają rozmawiać. Po prostu i nie o pogodzie, choć musi minąć chwila zanim zdziwiony bezpośredniością i naturalnością dziewczyny facet przestanie traktować ją jak dziwaczkę. A my nawet nie poznajemy ich imion...

I tak się toczy... rozmawiają, grają, patrzą na morze, odkrywają, że każde z nich ma rany na duszy, prymitywne problemy, obowiązki.

I mamy nadzieje, że nie przestaną chcieć siebie poznawać i zdobywać razem świata. Kibicujemy im tak, jak byśmy kibicowali sobie, wzruszamy się mając pewnie często w pamięci swoje pierwsze miłości...

Urzekający film.

once glen hansard irglova

Trailer "Once":

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9